A PO CO CI BABO TEN FACET?

Nigdy nie uprawiałam małżeńskiej prostytucji. Nigdy nie potrzebowałam sponsora ani drugiego tatusia. Opiekuna. Psa przewodnika. Łaskawego Pana, który doceni to, że ładnie umeblowałam domek za jego pieniądze i pod jego dyktando. Z drugiej strony, przy całej niezależności, facet jest mi potrzebny. Nie, nie do odkręcania słoików. :) Do kochania. Tak po prostu.

Co sprowokowało mnie do napisania tego wywodu? :) Już spieszę z wyjaśnieniem…

Podczas weekendu miałam okazję przysłuchać się (niechcący) wymianie zdań na temat facetów pomiędzy dwiema Paniami. Leżałam sobie na plaży. Obok dwie Panie w stylu Dody z okresu zamiłowania do tandety. Słysząc całą rozmowę (niestety) żałowałam, że nie ma przy mnie chłopaków z kabaretu Paranienormalni, bo pewnie powstałby nowy skecz dla Mariolki.

No więc Pani A trajkocze do Pani B:

– o tym, że On to nierób i tylko na „plejaku” gra,
– gruba opona mu się zrobiła, patrzeć na to Ona nie może, ale przynajmniej ma spokój, bo „żadna tam lafirynda nie luka”,
– w łóżku to Ona już od dawna tylko śpi, bo On jest słaby w te klocki, a teraz to mu już nie „dynga”,  bo stary się zrobił i pewnie do prostaty nie chce się przyznać”,
– Ona to znosi, bo „On ma dobry styl. U nich w… (pada nazwa miejscowości na końcu województwa) to wszyscy się z nim liczą. Z nią też. I auto jej kupił w tamtym roku. Za cycki też powiedział, że zapłaci. No i świetnie, bo ten młody barman, co się z nią teraz spotyka, to lubi cycate.”

Kurtyna.

Próbowałam chociaż oddać namiastkę sposobu wypowiedzi Pań, częściowo chociaż cytując zapamiętane teksty. :) W sumie śmieszna historia. Z drugiej strony pchnęła mnie do pożałowania choć na chwilę, choć w małym stopniu gatunku męskiego…

Bo po co Ci babo ten facet?

Pytam, bo często można usłyszeć historie nieszczęśliwych kobiet. Po rozstaniu. Przed rozstaniem. Zazwyczaj facet w tych historiach to świnia, podły łotr i mentalna sknera. Ok – jeżeli przykładowy Czesław mieści się w takim ładnym opisie pytam w takim miejscu jeszcze raz: po co Ci babo ten facet?

Nie neguję absolutnie tego, że faceci potrafią być zakałą życiową. Nie neguję tego, że są sytuacje, gdy nie mogłaś przewidzieć, z kim tak naprawdę tańczysz. Z autopsji wiem, że można potknąć się w ocenie partnera.

Same jesteśmy jednak sobie czasem winne. Masz wpływ na to, jak ocenisz potencjalnego Księcia z Bajki i w jaki sposób układasz z nim standardy w związku… Pokusiłam się o kilka wskazówek. Ekspertem w happy endach może nie jestem ale doświadczenia nie można mi odmówić. :)

 

1. Jeśli na początku widzisz, potem zobaczysz już tylko więcej

Najpierw Ona poznaje Tego Jedynego. Ten Jedyny jest inny niż wszyscy, których znała. Jest mądry. Wspaniały. Życzliwy. Pewnie rodzinny, choć nic na ten temat nie wspominał. Ale Ona wie. To z Tym Jedynym spędzi resztę życia. Fajnie. Zawsze szczerze życzę szczęścia. Trzymam kciuki.

Zwykle kilkanaście miesięcy później Ona już widzi, że Ten Jedyny to nie dba o kondycję. Ten Jedyny to jednak nie kocha sztuki Edvarda Muncha. A filmy Almodovara to dla niego wizje odjechanego świra. W związku zaczyna robić się gęsta atmosfera…

Też przez to przechodziłam. W pierwszych związkach – łaknąc miłości nie dostrzegałam żadnych wad. Przez kilka miesięcy byłam dziewczyną Idealnego. Potem nagle przychodził dzień, w którym zaczynałam dostrzegać, że On mówi wyłącznie o piłce nożnej i jakoś tak nie ma wspólnych tematów… W kolejnych związkach, już powiedzmy takich bardziej „na serio”, było ciut lepiej. W sensie oceny sytuacji, a dokładnie partnera. Widziałam dużo przez różowe okulary, ale już na starcie zauważałam pewne niedociągnięcia. Żebyś mnie dobrze zrozumiała – niedociągnięcia mentalne. Takie związki trwały dłużej , pobudka nie przychodziła nagle, tylko z każdym dniem nabierała na sile. Nie chodziło o to, co zrobił Partner. Nie chodziło o to jak wyglądał. Nie chodziło o te cholerne filmy Almodovara, bo nie każdy musi je lubić.

Chodziło o mnie.
Bardzo chcąc być kochana, wolałam nie zastanawiać się nad moimi oczekiwaniami.
Nie zastanawiałam się nad tym jak chcę być kochana i przez kogo. I tu był błąd.

Wcale nie czuję się świetnie z tym, że mam w wieku 32 lat za sobą rozwód, a w zasadzie można powiedzieć, że dwa. Możesz sobie pomyśleć, że to obciach. Natomiast ja wiem, że to była moja droga, którą musiałam podreptać, żeby dojrzeć do bycia z kimkolwiek.
Dziś, po wielu już zakrętach dochodzę do punktu, w którym wiem jak chcę być kochana. Wiem czego potrzebuję od faceta. Wiem na co się nie zgodzę w związku. Znam już swoje potrzeby i oczekiwania. I nauczyłam się ich nie ukrywać.

Nie „sprzedam” już swoich aspiracji i marzeń w zamian za bycie kochaną.

Z drugiej strony przewartościowałam wiele. Nie potrzebuję ładnego obrazka. Nie potrzebuję plastikowej otoczki. Nie chcę zmieniać partnera, nie chcę być również zmieniana.

Właśnie… I tu jest zwykle pierwsza babska pułapka. Zwykle ujawnia się po ślubie.
Weźmy taki najbardziej sztampowy przykład: „on teraz tak z kumplami szaleje, jak zamieszkamy razem to się zmieni”. Jak słyszę taki tekst, to słabo mi się robi. Po jaką cholerę w takim razie chcesz z nim być? Albo – dlaczego już dziś Ci to przeszkadza?

I tu się zaczynają schody. Kochasz go. Rozumiem. Wkurza Cię, że piątki spędza z kumplami. Tylko, jak się poznaliście – on już taki był. Masz więc dwa wyjścia:

1. Akceptacja

I zaufanie. To, że facet ma potrzebę wyjścia z kumplami, to nie jest nic dziwnego. Zorganizuj sobie piątkowy wieczór na swoje potrzeby. Pójdź na zajęcia jogi, czy na co tam masz ochotę. Uszanujcie swoja wzajemną przestrzeń. Nie zmieniaj jego nawyków (chyba, że lubi przerżnąć cały majątek w kasynie). :) Po co?

Wzajemna akceptacja to podstawa. Kamikadze, który decyduje się na mieszkanie ze mną musi zaakceptować kubki z kawą w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach w domu. Mam tak, że kawa towarzyszy mi od rana. Jest więc w łazience, przy make-upie. Jest w garderobie, przy prasowaniu ciuchów itd. Taki mój defekt. Nie jedyny z resztą. :)

A jeśli się obawiasz, co on będzie podczas tych męskich wieczorów robił… Cóż. Zadaj to pytanie również sama sobie. Chcesz budować związek na braku zaufania?

2. Zmiana

I zwykle frustracja po kilku latach. Kobiety maja zdolność wpływania na facetów. Są w stanie podjazdową taktyką małych kroków dojść do celu. I proszę. Udało się. Ten już dziś mąż, który kiedyś piątki spędzał z kumplami, dziś ogląda z nią komedię romantyczną. O! Chciała i ma. Taka zaradna kobieta. Tylko chwilka… Pan Mąż ma jakąś taką niewyraźną minę. Nie odzywa się. Został już nauczony tego, że z żoną nie warto walczyć. Nie śmieje się już beztrosko. W sumie to siedzi obok zaradnej żony bez emocji, bez życia, ale za to posłuszny.

Teraz puenta. Jak chcesz kogoś tresować, to kup sobie psa (choć to też nieludzkie). Faceta nie zmieniaj. Daj mu żyć. Ustal tylko, że zasada działa w dwie strony. Ty też masz prawo do sabatu czarownic z przyjaciółkami. Ty też masz prawo olać jego nudną Ligę Mistrzów i pójść do teatru, jeśli wolisz. Natomiast w tym wszystkim nie zabijaj osobowości kochanego człowieka.

Lubi martensy. Ty lubisz klasykę. I co? Sądzisz, że jak wbijesz go w garnitur, będzie się czuł komfortowo? Ubierz elegancką kieckę, jeśli to Twój styl i zostaw go w spokoju. Uwierz, że tysiąc razy bardziej będzie Cię kochał mogąc oddychać po swojemu w Waszym związku. Jak coś Ci przeszkadza na starcie to albo to zaakceptuj i nawet pokochaj, albo zmień obiekt zainteresowania. A wszystkie mądrale, które opowiadają Ci o tym jak „wychowały” swojego faceta, zwykle żyją w związkach na pokaz, martwych od środka.
Poza tym, co to za pomysł, żeby mieć pantofla, którego się wychowuje?

 

2. Czego Ty (tak, Ty!) chcesz? Zastanów się…

Nawiązując do punktu nr 1 – chcesz mieć u boku pantofla alias wychowanka, czy partnera ze swoim zdaniem? Chcesz mieć „macho”, dla którego delikatność i kompromis to rodzaje zup z Azji? Chcesz mieć karierowicza, który potrzebuję żony poprawnej politycznie? Czego chcesz? Czego Ty chcesz?

Oczywiście, faceci zwykle łączą w sobie różne typy osobowości, ale zawsze jedna z nich jest dominująca. Wobec tego jeśli Twój ukochany jest artystą, kocha muzykę, nosi rockowe ciuchy i ma w głębokim poważaniu treningi na siłowni, przyjmij to do wiadomości. Zapytaj samą siebie, czy z kimś takim chcesz być. Ludzie zmieniają się w ciągu swojego życia. Czegoś innego potrzebowałam w czasach studenckich, czegoś innego dziś. Natomiast wszelka zmiana ma sens, jeśli wychodzi z wewnętrznych przemyśleń człowieka, nie zaś na skutek wywieranej presji z zewnątrz.

Jeszcze raz więc – czego Ty chcesz? To Ty jesteś najważniejsza. To Ty masz być szczęśliwa. Jeśli więc dobrze Ci w otoczeniu bohemy, nie masz parcia na „mieć” i kochasz wolność – bądź z artystą. Wtedy pewnie będziecie ze sobą szczęśliwi. Jeśli jednak masz już założoną ścieżkę swojej kariery. Uwielbiasz blichtr i luksusowe gadżety… Zastanów się.

Oczywiście, zdarza się, że ludzie o bardzo przeciwnych światopoglądach i potrzebach żyją w jednym związku. Wymaga to jednak dużej świadomości i wspomnianej wcześniej – akceptacji. Nie namawiam Cię tutaj do szukania bliźniaka mentalnego. Raczej do zastanowienia się, jak wyobrażasz sobie związek. Jeśli w wyobraźni widzisz ukochana osobę w wersji takiej, jak w rzeczywistości – wszystko jest ok. Jeśli jednak w wyobraźni przebrałaś już artystę w najnowszą kolekcję Bossa i zabrałaś go na bankiet milionerów… Cóż. Po raz kolejny. Zastanów się chwilkę…

Jeśli wybierzesz niezgodnie ze swoimi potrzebami i jednocześnie wiesz, że akceptacja to nie Twoja mocna strona, nie marudź za jakiś czas. Nie jęcz, że ten Twój artysta to taki „nieżyciowy” i nie potrafi gwoździa do ściany przybić. Sama wybrałaś. To nie jego wina. On zawsze taki był. To Ty na początku związku żyłaś w oparach fenyloetyloaminy i na haju miłosnego uniesienia zignorowałaś swoje potrzeby.

 

3. Nie wyceniaj miłości. To nigdy nie kończy się dobrze.

W całym moim pokręceniu, przede wszystkim jestem dumna z własnej niezależności. Nie, nie mam Porsche w garażu. Nie tak oceniam szczęście. Nie sprzedaję swoich marzeń i nie można mnie kupić za kilka obietnic i bibelotów. Czasem było mi naprawdę ciężko w sensie finansowym. Nigdy jednak nie wpadłam na pomysł, żeby się „ustawić”. Cholernie mnie wkurza takie podejście niektórych kobiet… Takich ustawionych żon prowincjonalnych bogaczy. Żon ze Stepford.

Myślę, że i Ty znasz taką Żonę Ustawioną. Oczywiście otoczoną adekwatnym towarzystwem. Nie mam nic do kobiet z dobrym statusem materialnym, ale pieniądze nigdy nie były i nie będą za darmo. Trzeba na nie zapracować, czymś za nie „zapłacić”. Jedni płacą ciężką pracą, inni stresem, jeszcze inni upieprzeniem życiowym w sytuacji wcale niewesołej, gdy trzeba się uśmiechać, chociaż wszystko w środku wyje. Czasem płaci się prostytucją małżeńską, jakkolwiek to źle brzmi… Trudno. Brzmi jak brzmi, ale taka prawda.

Taka Żona ze Stepford zwykle jest gotowana jak żaba na wolnym ogniu. Powoli. Tak, że nie odczuwa zagrożenia. Wręcz przeciwnie. Poznała Księcia z Bajki. Nawet, jak on Księciem nie jest i nie grzeszy urodą, to ona jest piękna. On za to bogaty. Amen.

Zdarza się wtedy dość często, że jednak nie żyli długo i szczęśliwie. Ona w pewnym momencie uświadamia sobie, że czas płynie. Zaczyna wyścig o młodość, wspomaganą botoksem. Przecież konkurencja czyha na portfel jej Wspaniałego Zwycięskiego Męża, którego zupełnie inny obraz wyłania się, gdy dasz jej trochę wina i nabuzowana frustracją zacznie Ci opowiadać o tym, że on się z nią nie liczy, że ona ma dobrze się prezentować, a nie zawracać mu głowę jakimiś babskimi fanaberiami o jej rozwoju. „Jaki rozwój? Po co? Ma piękny dom, gosposię i nianię do dzieci? No więc o co chodzi”. Na tym zwykle kończy się taka małżeńska dyskusja. Ona ma dość sztucznego uśmiechania się w towarzystwie, gdzie uchodzą za super szczęśliwe małżeństwo. Ma dość tego, że nie jest kochana, że jest zaniedbana emocjonalnie, że całe jej życie to jeden wielki układ, podtrzymywany sztucznie dla dobra rodziny i wspólnych interesów.

Przez moment naprawdę szczerze i prawdziwie jej współczułam. Włączył się mój zmysł  organizatorski i postanowiłam spróbować znaleźć z nią jakieś rozwiązanie na taki życiowy impas. Szybko jednak zrozumiałam, że mamy absolutnie inne podejście do wielu kwestii, w tym właśnie… finansów. Na moje pytanie o to, w jakim stopniu jest samodzielna finansowo, zrobiła zdziwioną minę. Okazało się, że wszystko czym dysponuje to kilka markowych ciuchów i torebek plus jakaś tam drobna biżuteria. Jak można nie mieć własnych środków?

Wytłumaczyła mi to w ten sposób:
„A skąd ja mam mieć jakieś pieniądze? Przecież to on pracuje! Owszem, dostaję jakieś tam drobne kieszonkowe, ale to pojadę do Mediolanu na zakupy i jest po temacie. Co mam zrobić? Do pracy pójść? W sumie – mogłabym, gdybym tak zarobiła z 8 tysięcy… No chociaż nie wiem. Wiesz, ja muszę dbać o dom.”

Świetnie. Kobieta nieaktywna zawodowo, z genialnym zmysłem do inwestowania w torebki i zarządzania gosposiami w domu.  Przecież od razu wiadomo, że korporacje będą się o nią zabijać. Ba, 8 tysiaków na pewno za te umiejętności zapłacą „na dzień dobry” plus dorzucą służbowy samochód.

W takim momencie, w niektórych przypadkach, wychodzi pokrętne kobiece podejście do finansów. Z jednej strony panie chcą być niezależne i zarabiać tyle co facet. Z drugiej strony – mąż Zdzichu ma zapewnić byt rodzinie i płacić w restauracji.

Jeśli więc chcesz normalnego, partnerskiego związku, bądź niezależna finansowo. Podchodź do tematu finansów poważnie. Zadbaj o siebie. Zawód Żona ze Stepford jest niebezpieczny, i to głównie dla… Ciebie. Jeśli nie masz własnych zarobków, nie dbasz o swoją przyszłość zawodową, ryzykujesz. Bardzo. Możesz kiedyś się obudzić w sytuacji, gdy męża Zdzicha nie będzie lub mąż nie da rady zapewnić Wam utrzymania. W takiej sytuacji niezależność życiowo – finansowa może okazać się zbawieniem.

Jest kilka dobrych argumentów na to, że niezależność finansowa jest istotna dla związku i wręcz scala partnerów w nim.

Po pierwsze :

Jeśli nie masz swojego życia zawodowego, po pewnym czasie przestajesz być partnerem do rozmowy dla swojego ukochanego. W kolejnym etapie dochodzi w Waszym związku do zerwania więzi intelektualnej. Nie dziw się więc, że po kilku latach on nie traktuje Cię serio. Nie omawia z Tobą problemów, sam decyduje. Zinfantylizowałaś się w jego oczach. Sama. W momencie gdy postanowiłaś zostać Żoną ze Stepford.

Po drugie :

Twój rozwój zawodowy jest seksowny. Jakkolwiek głupio to brzmi. Facetów nie kręci kobieta wyłącznie w wydaniu „gospodyni domowej”, co może być niewątpliwie wspaniałym dodatkiem do rozwijającego się i sprawnego intelektu. :)

Po trzecie:

Bądz z nim. Ale tylko dlatego, że kochasz a nie dlatego, że jest dobrze rokującą inwestycją na przyszłość.

Bo facet to nie inwestycja biznesowa!

Kochaj. Za to jaki jest, a nie za to co osiągnął i  jakie to ma rokowania na przyszłość.
Miłość to nie lokowanie kapitału na giełdzie.

Chcesz mieć wygodne i dostatnie życie – zepnij tyłek i spróbuj to osiągnąć. Ty. Swoją pracą. Bądź dla swojego ukochanego partnerką w każdym zakresie, w tym finansowym. Nie, nie chodzi mi o skrajną interpretację tej myśli. Nie chodzi mi o utrzymywanie faceta. Chodzi mi o Twoją niezależność, która pozwala na wybór faceta zgodnie z Twoimi potrzebami, a nie w związku z czynnikami dodatkowymi.

Rozumiem, że w momencie, gdy są dzieci i dom możesz mieć więcej na głowie, niż Twój partner. Jeśli jednak od początku Wasz związek będzie oparty na zdrowych zasadach, pewnie i w sytuacji gdy przejdziecie na etap „rodzina” będziecie w stanie logicznie podzielić się obowiązkami. I wcale to nie oznacza konieczności rezygnacji z Twojego życia zawodowego. Wiem, o czym teraz do Ciebie piszę. Jestem samodzielną mamą aktywną zawodowo. Da się. Kwestia chęci i organizacji.

A jeśli pomimo wszystko zdecydowałaś się na bycie Żoną Ustawioną, rozumiem. To Twój wybór, więc nie dyskutuję, bo nic mi do tego. Każdy żyje, jak chce. Tylko nie biadol potem, że gdyby nie układy finansowe, nie byłabyś z tym facetem, z którym jesteś. Facet jest jaki jest. Z całym plecakiem zalet i wad. Może jestem w tej chwili Adwokatem Diabła, ale uważam, że często przyczyna rozczarowania partnerem nie wynika z tego, że on nagle pokazał swoją prawdziwą twarz. Wielokrotnie nie widzimy mankamentów na samym początku. Nosimy różowe okulary na nosie i ignorujemy sytuacje, które stają się po czasie gwoździem w bucie. Wiem, bo sama też przez długi czas miałam taką tendencję. :) Obecnie staram się widzieć człowieka takiego, jakim jest. Bez niepotrzebnego wybielania.

Puenta jest taka: kochasz na tyle, że akceptujesz wady, bo nobody is perfect. Jeśli zaś nie jesteś przekonana czy wytrzymasz z jego nawykami, wyglądem albo światopoglądem, to jeszcze raz zapytam: po co Ci babo ten facet? :)

 

 

 

 


4 Discussions on
“A PO CO CI BABO TEN FACET?”
  • Eli napisał(a): 31 lipca 2015 o 00:42 „”Rozstanie po wielu latach udanego związku nie jest dobrym pomysłem, poddać się bo jest kryzys, bo nie ma już sił żeby zaczynać od nowa””

    jak jest udany, to nikt nie myśli o rozstaniu.

  • Fajnie, że o tym piszesz. Są to bardzo ważne wskazówki dla osób, które są jeszcze przed podjęciem tej ważnej decyzji o wspólnym życiu i dzieciach. Mogą one bardzo pomóc ale nie załatwią wszystkiego, bo przez długie lata bycia razem wiele może się zmienić : zawód, przyjaciele, miejsce zamieszkania i my też możemy się zmienić albo zobaczyć więcej. I co dalej jeśli trudno z tą zmianą /świadomością żyć mimo wielu prób? Rozstanie po wielu latach udanego związku nie jest dobrym pomysłem, poddać się bo jest kryzys, bo nie ma już sił żeby zaczynać od nowa. Coraz częściej myślę sobie, że mogłoby być trochę łatwiej :).Dziękuję za artykuł i pozdrawiam.

    • Eli należę do osób, które wyznają zasadę :lepiej przeżyć szczęśliwie jeden dzień niż 30 lat katatonii emocjonalnej. Zgadzam się z Tobą, że po wielu lat bycia razem, możemy partnera widzieć w innej perspektywie, niż na początku związku. To jest normalne. Gorzej, jeśli wiążę się to ze spadkiem zainteresowania i wzajemnych uczuć. Z własnego doświadczenia wiem, że jest taki moment w związku, kiedy już dalej nie ma co ratować. Do rozwodu dojrzewałam przez dwa lata. Nie była to łatwa decyzja z wielu względów. Nie zmienia to faktu, że dziś wiem o tym, że była to dobra decyzja. Nie chciałam dojść do poziomu, gdzie frustracja i brak miłości doprowadzą mnie do tego, że już będę żyła tylko po to, by tworzyć pozory udanej rodziny. Potrzebuję kochać i potrzebuję być kochana. W moim związku miłość się wypaliła. Poukładałam relację z moim byłym mężem. Dziś mamy lepszy kontakt niż przed rozwodem. Bo nie mam już pretensji.Bo wiem czego chcę w moim życiu. Bo wiem, jak chcę być kochana i wierzę, że będę kochana. Trzymam kciuki za ludzi, którzy rozpoczynają wspólne życie. Trzymam kciuki za tych, którzy są ze sobą szczęśliwi. Tym, którzy nie są szczęśliwi – życzę odwagi. Na tyle dużej, żeby podjąć właściwą decyzję i postawić kropkę tam, gdzie stawiano zbyt wiele przecinków.

  • Bardzo dobry artykuł, ale nie do końca zgodzę się z pkt „po pierwsze” i „po drugie” …czasami kobietę wypełnia nie tylko życie zawodowe, czasami kobieta chce pracować w domu, przecież dbanie o dzieci, ognisko domowe to też praca…pranie, sprzątanie, gotowanie.

    A czasami kobieta pracuje w domu, bo dziecko jest niepełnosprawne, mając przy tym swoje pasje, które realizuje w wolnej chwili.

    Dla mnie przysłowiowe siedzenie w domu dawno przestało być „siedzeniem w domu” – bo moim zdaniem dbanie o dom to też praca i gospodyni domowa oprócz pracy w postaci dbania o ognisko domowe bywa, że ma też swoje pasje na boku ;)

    Czy kobieta, które chce pracować w domu musi z góry być skazana na stereotyp, że jest mnie atrakcyjna dla mężczyzny i nie stanowi dla niego partnera do rozmowy …

    Cóż chyba miałam to szczęście w życiu, że patrzyłam tylko na kobiety, które pracując w domu były atrakcyjnymi gwiazdami dla swych mężów :-)

    Dziękuję za ten artykuł

    Pozdrawiam serdecznie
    Iza :-)

Leave A Comment

Your email address will not be published.