ZA CO JESTEM WDZIĘCZNA ? A TY?

Ciężko mnie złamać. Przeżyłam już swoje w życiu. Wiem. Brzmi idiotycznie w ustach 32 latki? Uwierz. Istotą nie jest to jak długo żyjesz. Raczej jak intensywnie. Tak więc mentalnie moja dusza jest już stara. Nie, nie pomarszczona. Nie jęcząco – stękająca. Nie trawi jej demencja i „Tumiwisizm”. Moja dusza jest doświadczona ale nadal zachłanna na życie.

Uwielbiam wszystkie smaki życia. Trudno, nawet ten słony od łez. Posmakowałam macierzyństwa. Kariery. Bankructwa. Małżeństwa. Rozwodu. Spełnienia. Rozchwiania. Strachu o życie. Szalonej jazdy. Ustalmy – bagaż mam. I nadal traktuje życie jak cudowną podróż w nieznane. Mam wrażenie, że zrobiłam dopiero pierwszy krok. Wielka przygoda jeszcze przede mną!

Może to ratuje mnie przed szaleństwem? A może jestem już tak popieprzona, że tylko wydaje mi się, że jestem ok? Może jestem jak Yossarian? Paragraf 22 Hellera?  ;) Niezależnie od odpowiedzi – z wiarą w najlepsze patrzę w przyszłość. Cieszę się z tego, co teraz. W przeszłość patrzę ze zrozumieniem ale już bez emocji.

W czasie jednego z moich największych „fakapów” życiowych dostałam od mojej przyjaciółki zdanie klucz.  Nie, nie, że „wszystko będzie dobrze” i tego typu słodkie pocieszenia.

– Co mówisz  codziennie po przebudzeniu ? – zapytała

–  Jak to co mówię?

– Co mówisz do siebie po przebudzeniu? – powtórzyła pytanie

– O ja pierdzielę  znów zaspałam? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie

– A gdzie dzień dobry? Jeśli każdemu, kogo spotkasz w ciągu dnia życzysz „dzień dobry”, to dlaczego nie życzysz sobie tego sama na początek dnia?  – skwitowała

Najpierw pomyślałam, że uwielbiam ją jako moją przyjaciółkę ale że jest nawiedzona jak cholera. Po chwili zastanowienia, przyznałam jej rację. Mało tego, poświęciłam wieczór na przemyślenia w tym kierunku i poszłam krok dalej. Stwierdziłam, że za mało dziękuję.

Tak więc dzień rozpoczynam od „dzień dobry” a na dobranoc dziękuję za to co było. Nie ma w tym zabarwień religijnych. Nie ma w tym filozofii. Po prostu. Tak mi lepiej.

Wydaje mi się, że aby docenić smak życia trzeba najpierw nauczyć się wdzięczności za to, co nas spotyka. Nawet jeśli ma słodko – gorzki smak.

ZA CO JESTEM WDZIĘCZNA?

 

1.  ZA WOLNOŚĆ

Mam na myśli wolność mojego ducha. Dla mnie to oznacza podążanie w życiu za tym co myślę i czuję. Jest to najbardziej ryzykowna i realna wolność. Paradoks? Niekoniecznie. Można żyć w najbardziej demokratycznym miejscu na ziemi. Można posiadać  prawa i przywileje. Zarabiać krocie. Opalać tyłek na Bali. Wjeżdżać do Stanów bez wizy. Odbierać ukłony i honory. Czytać najbardziej rewolucyjne treści. Wierzyć w co się chce. I co ? I jednocześnie można być najbardziej zniewoloną osobą na ziemi. W swoich czterech ścianach można zbudować sobie największe Alcatraz. I odwrotnie. W najbardziej totalitarnym zakątku świata można mieć pełną wolność ducha.

Za ten stan płaci się wysoką cenę. Ten stan jest niezwykle ryzykowny. Zapłaciłam rachunek za moją wolność. Codziennie ponoszę ciężar i odpowiedzialność za to, co z sobą ta wolność niesie. Nie ma jednak  takiej ceny, za którą bym ją oddała.

I tylko krótkie wyjaśnienie- wolność ducha nie jest równoznaczna z życiem w pojedynkę. Jestem Don Kichotem w zakresie emocjonalnym, więc wierzę w możliwość bycia w pełni SOBĄ w związku. Trzeba tylko trochę odwagi. Paradoksalnie ludzie niezależni duchowo są bardzo oddani w związku. Bo nikt ich nie tłamsi. Bo nikt ich do niczego nie zmuszą. Bo jeśli zmieniają się w związku, to z potrzeby wewnętrznej a nie pod wpływem nacisku. Wolność ducha jest najlepszym fundamentem dla związku. Bo oprócz fajerwerków i motyli w brzuchu wynikających z miłości, mamy ogromny szacunek do indywidualizmu partnera. Do jego pasji. Dziwactw. Wypadów na drugi kraniec świata z przyjaciółmi. Potrzeby pobycia w ciszy z samym sobą. Kto ma wolność w duszy nie będzie chciał jej oddać. Wręcz nie powinien, bo frustracja jest tego naturalnym następstwem. Nie od razu. Po czasie. Jednocześnie kto ma wolność w duszy nie będzie jej partnerowi odbierał. Bo wie, jak jest istotna.

Taka wolność nie jest wcale łatwa. Czasem wiąże się z ostracyzmem. Czasem z nieprzyjemnościami. Czasem z najzwyklejszym brakiem zrozumienia. Trudno. I tak warto. Dziękuję za wolność mojego ducha.

 

2. ZA ŻYCIE

Nie chodzi mi o to, że dziękuję za to, że się urodziłam i jak dotąd nie zeszłam z tego padołu na jakąś cholerę.
Znam wiele osób, które pracują, podróżują, śmieją się, piją, czytają. A w tym wszystkim są trupami już od wielu lat. Da się? Da się. Tylko czy trzeba? Czy żeby żyć spokojnie i bezpiecznie trzeba najpierw uśmiercić to co w nas najpiękniejsze? Spontaniczność? Radość z małych rzeczy? Dziecięcą wiarę w dobro?

Staram się codziennie rozróżniać smaki życia. Niektórymi mogę się godzinami delektować. Taki jest smak miłości. Inne próbuję szybko przełknąć i zapomnieć. Tak wytrawnie smakuję cierpienie. Może się mylę. Może będę uważana za nieźle trzepniętą w głowę ale potrzebuje wszystkich smaków. Gdybym znała tylko słodycz, nie wiedziałabym jak jest pyszna. Cieszę się z każdego dnia. Gdybym mogła, żyłabym w trzech lub czterech osobach. Rywalizuje o smaki życia z Czasem. Tylko Czas potrafi mnie ograniczyć.

Dziękuję za to, że żyjąc nadal jestem żywa :) Dziękuję za to, że jestem tu i teraz. Za to co mam. Za to co mi los darował i odpuścił.

 

3. ZA PRZYJAŹŃ (BABSKĄ!!)

Facet nigdy tego nie ogarnie. A Ona wie. Przecież to jest najbardziej normalne na świecie, że widziałyśmy się dziś siedem razy ale musimy zapalić wieczornego papierosa i pogadać jeszcze przez telefon.
Przecież Ona wie, że jak mówię, że ” nic się nie stało” to jest największy fuck up świata i jest przygotowana z kawą na mój płacz.
Ona wie, że jak warczę to trzeba rzucić z daleka coś słodkiego, dopiero potem dyskutować nad racjami.

A jeśli masz kilka takich „Ona” ? To jesteś szczęściarą. W tym więc miejscu dziękuję za wszystkie moje Czarownice :) Za to, że o  2 w nocy słuchają ze mną życiowej playlisty. Za sabaty. Za to, że nie muszę im nic tłumaczyć. Za to, że są.

 

4. ZA WIARĘ

Niezależnie od ilości klapsów, które dostałam od życia, nadal wierzę:

– w karmę. Co dajesz, wraca. Z drugiej strony – jeśli siejesz wiatr, zbierasz burzę. Dzięki temu nauczyłam się nie chować urazy. Nie rozmyślać z agresją w oczach jak odpłacić pięknym za nadobne. Już nie. Zostawiam.

– w ludzi. Nie oznacza to, że dam sobie wleźć na głowę. Wręcz odwrotnie. Zanim dopuszczę do swojego życia kogokolwiek musi minąć czas. Musze się przekonać. Natomiast ludzie mnie fascynują. Swoją odmiennością. Poplątaniem. Wielobarwną aurą. Jasne, że są tacy ludzie, których omijam wielkim łukiem. Potrafię stanąć do konfrontacji. Tylko po co? Kontakt z negatywnymi dla mnie ludźmi zaburza mój świat. Psuje moje nerwy. Nie jest mi to do niczego potrzebne. O wiele bardziej interesuje mnie odkrywanie takiego najprostszego dobra w człowieku. To jest budujące przeżycie. Świat jest i dobry i zły. To my decydujemy, w którym kierunku patrzymy.

– w prawdziwe emocje. Nie znoszę plastiku. Powierzchowne relacje męczą mnie okrutnie. Wiążę się to z unikaniem wszelkich pompowanych imprez, jak również nieumiejętnością ugryzienia się w język w sytuacji, gdy mnie ktoś solidnie znuży. Pewnie dlatego nie zostanę nigdy szefem misji dyplomatycznej ani choćby Miss Publiczności gminy Kozia Wólka ;) Trudno. Z drugiej strony wierzę, że relacje między ludźmi mogą być szczere i otwarte. Wierzę w dobre intencje. Wierzę w przyjaźń. Taką prawdziwą, a nie wynikającą z układu społecznego, zawodowego czy co tam jeszcze. Wierzę w szczere wzruszenie. Wierzę w bezinteresowną chęć niesienia pomocy. Wierzę w uczucia. Nie żyje w słodko-pierdzącej rzeczywistości, w której leżę, pachnę i rzucam frazesami. Ja faktycznie w to wierzę. Niezależnie od tego ile razy dostanę po dupie.

A Ty ? Za co jesteś wdzięczna?

PS. Podczas pisania tego posta cały czas słucham tego….Może nie jest na temat…A może jest. Niezależnie od wszystkiego, jest piękna :)


Leave A Comment

Your email address will not be published.